9 sierpnia 2014

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął"

Ponad milion sprzedanych egzemplarzy w samej Skandynawii!

Życiowa podróż szwedzkiego Forresta Gumpa po ostatnich stu latach losów świata.

„Śmiałem się do łez, czytając o niefrasobliwym stulatku w kapciach przemierzającym Szwecję z ukradzioną walizką. Polubiłem tę historię od pierwszego rozdziału!” Artur Barciś

Właśnie minęło dziesięć dekad nadzwyczaj bogatego w wydarzenia życia Allana Karlssona. Problem tylko w tym, że zdrowie nie odmawia posłuszeństwa i wygląda na to, że wielka feta z okazji setnych urodzin będzie musiała się odbyć w domu spokojnej starości. Jednak człowiek, który jadł kolację z przyszłym prezydentem Trumanem, leciał samolotem z premierem Churchilem, pił wódkę ze Stalinem i zaznajomił się z Mao Zedongiem, nie może tak po prostu zdmuchnąć świeczek na torcie. Wymyka się przez okno i rusza w swą ostatnią życiową podróż...

8 sierpnia 2014

Jane Austen - "Opactwo Northanger"

Napisana z finezją i humorem parodia popularnych na przełomie XVIII i XIX stulecia powieści gotyckich.
Młoda i przemiła, choć trochę naiwna panna Katarzyna Morland jest zafascynowana powieściami gotyckimi. Gdy poznaje nowych przyjaciół i zostaje przez nich zaproszona do starego opactwa Northanger, ma nadzieję, że uda jej się odkryć jakąś niewyjaśnioną od lat tajemnicę i przeżyć przygodę. Znajduje jednak coś zupełnie innego. Coś, o czym skrycie marzyła…

7 sierpnia 2014

Sylvia Plath - "Plaża Berck"




I


Więc to jest morze, ten wielki bezruch.
Jakże ściąga moją gorączkę kataplazm słońca.

W powietrzu wędrują opalone ręce ze szklankami
Elektryzująco barwnych sorbetów, wyciąganych z lodówki przez blade dziewczęta.

Czemu jest tak cicho, co oni ukrywają?
Uśmiechnięta, poruszam się na moich dwóch nogach.

Koc piasku wygłusza drgania,
Ciągnie się milami, głosy, o połowę słabsze,

Drżące i kruche, falują.
Mięśnie oka, oślepionego lśnieniem tych połaci

Uderzają jak bumerang naciągniętej gumki, raniąc właściciela.
Czy można się dziwić, że włożył ciemne okulary?

Czy można się dziwić, że wystąpił w czarnej sutannie?
Oto nadchodzi, mijając poławiaczy makreli

Co odwracają się ku niemu murem placów.
Władają zielono-czarnymi rombami fal, zręcznie jak własnym ciałem.

Morze, co zrodziło te kryształy,
Odpełza, setką węży, z przeciągłym sykiem znużenia.

II

Ten czarny but nie zna litości.
Co w tym dziwnego, przecież to całun odrętwiałej stopy,

Dumnej, drętwej, bezpalcej stopy tego księdza,
Który zgłębia studnię swej księgi.

Pochyły druk pęcznieje mu w oczach jak krajobraz.
Wśród wydm ukrywają się bezwstydne bikini,

Piersi i biodra łaskoczą światło
Jak kolorowe kryształki cukru,

A zielony staw otwiera swe oko,
Ma mdłości po tym co połknął - 

Kończymy, obrazy, krzyki. Za betonowymi bunkrami
Odklejają się od siebie kochankowie.

O, biała ceramiko morza,
Co za sól w gardle, jakie bańki westchnień...

I widz drżący.
Przyciągany jak długi postaw sukna

Poprzez nieruchomą zjadliwość
I wodorosty, włochate jak genitalia.

III

Na hotelowych balkonach lśnią przedmioty,
Przedmioty, przedmioty - 

Stalowe rurki foteli na kółkach, aluminiowe kule,
Taka słona słodycz. Dlaczego miałabym pójść

Poza falochron, oblepiony plamami muszli?
Nie jestem pielęgniarką, białą i uważną,

Nie jestem uśmiechem.
Te dzieci za czymś gonią, z krzykami, haczykami,

A moje serce jest zbyt małe, by uleczyć ich straszliwe winy.
Oto człowieczy bok: czerwone żebra,

Nerwy prężą się jak drzewa, a oto chirurg:
Jedno lustrzane oko - 

Soczewka wiedzy.
W pokoju na pasiastym materacu

Odchodzi stary człowiek,
Nic mu nie pomoże zapłakana żona.

Gdzież są żółte i drogocenne kamienie oczu,
Gdzie język, szafir popiołów?

VI
Weselny tort twarzy w papierowej kryzie.
Jakże on nas teraz przerasta.

Tak jakbyśmy mieli świętego.
Pielęgniarki w skrzydlatych czepcach już nie są takie piękne.

Schną jak dotknięte gardenie.
Łóżko odsunięto od ściany.

Oto jak osiąga się pełnię. To straszne.
Czy pod tym lepkim prześcieradłem, którego gładką biel

Wydyma proch jego nosa,
Ma na sobie piżamę czy strój wieczorowy?

Póki nie zesztywniała, podtrzymywali jego szczękę książką,
I złożyli jego ręce, które żegnały się - do widzenia, do widzenie.

Teraz uprane prześcieradła fruwają w powietrzu,
Powłoczki poduszek nabierają słodyczy.

To łaska, to łaska:
Długa dębowa trumna o barwie mydła,

Dziwni karawaniarze, a w srebrze
Z niezmąconym spokojem odciska się świeża data.

V

Szare niebo zniża się, wzgórza jak zielone morze
Biegną w dal, fala za falą, skrywając swe doliny,

Doliny, które kołyszą myśli żony - 
Otępiałe, użyteczne łódki,

Pełne sukien i kapeluszy, i porcelany, i zamężnych córek.
W holu kamiennego domu,

W oknie trzepocze pojedyncza firanka,
Podnosi się i opada, żałobna świeca.

To język zmarłego: pamiętajcie, pamiętajcie!
Jakże daleko odszedł, jego czyny

Otaczają go jak meble z dziwnego pokoju, jak dekoracja.
Gromadzą się odcienie bieli,

Bladość rąk i pobliskich twarzy,
Wyniosłe biele mętniejącej tęczówki.

Odlatują w nicość: pamiętajcie o nas.
Puste ławki pamięci przypatrują się kamieniom,

Marmurowym płytom o błękitnych żyłkach, przejrzystym wazonem pełnym żonkili.
Tak tu pięknie: to miejsce spoczynku.

VI
Naturalna bujność lipowych liści!
Przystrzyżone, zielone kule drzew idą ku kościołowi.

U bramy wita zwłoki
Czysty głos księdza,

Mówi do nich, kiedy wzgórza podają sobie głos żałobnego dzwonu,

Błysk pszenicy i nagiej ziemi.

Co to za kolor?
Skrzepła krew odrapanych murów, które leczy słońce,

Skrzepła krew kikutów drzew, wypalone serca.
Wdowa z czarną torebką, w otoczeniu trzech córek

I koniecznie wśród kwiatów,
Składa swoją twarz jak najcieńsze płótno,

Którego nikt już nie rozłoży.
A niebo, robaczywe od uprzejmych uśmiechów,

Przemija chmura za chmurą.
Weselne kwiaty rozsiewają świeżość,

A dusza jest panną młodą
W zaciszu, a pan młody czerwony i roztargniony, nijaki.

VII

Świat osobny i łagodny,
Cicho warkocze za szybą samochodu,

A ja siedzę nieruchomo, w czerni, gość na przyjęciu,
Sunąca na niskim biegu za wózkiem.

Ksiądz jest naczyniem,
Smolistym kadłubem smutnym i nudnym,

Stąpa za ukwieconym wózkiem wiozącym trumnę jak piękna kobietę,

Fala piersi, powiek i warg

Szturmuje wzgórze.
Potem, za sztachetami dziedzińca, dzieci

Wciągają zapach rozgrzanej pasty do butów,
Ich nieme twarze odwracają się powoli,

Oczy otwierają się
Na widok wspaniałości - 

Sześciu czarnych kapeluszy na trawie i drewnianego pudła,
I nagich ust, rdzawych i dziwacznych.

Przez chwilę niebo wlewa się w ten otwór jak osocze.
Nie ma nadziei, porzucono ją.

3 sierpnia 2014


"Żyjemy w skażonym świecie [...] dlatego jeśli widzisz coś pięknego, czujesz prawdziwe wzruszenie , spotykasz dobrego człowieka - bierz to. Oglądaj, dotykaj, słuchaj. Choćby kwadrans, choćby jeden błysk światła, choćby jedna rozmowa." 
                                                                      T.Kołodziejczak "Czerwona mgła"






23 lipca 2014

Sylvia Plath - "Prezent urodzinowy"

Taki wiersz to chyba najlepszy prezent na 24 urodziny :)




Co jest za tą zasłoną, czy to jest brzydkie czy piękne?
To migocze, czy ma piersi, czy jest skończone?

Jestem pewna, że jest wyjątkowe, jestem pewna, że tego właśnie chcę.
Kiedy cichnę przy gotowaniu, czuję jak patrzy, czuję jak myśli:

"Czy to ta, dla której istnieję,
Czy to jest ta wybranka, z podbitymi oczami i blizną?

Odmierzając mąkę, odsypująca jej nadmiar,
Wszystko według zasad, zasad, zasad.

Czy dla niej będzie zwiastowanie?
Mój Boże, pusty śmiech!"

Ale ono migocze, nie przygasa, i myślę, że mnie pragnie.
Nie obrażę się, jeśli to są kości do gry, albo perłowy guzik.

I tak nie chcę zbyt wiele dostać w tym roku.
W końcu, żyję tylko przez przypadek.

W tym czasie mogłabym się z łatwością zabić na tysiące sposobów.
A teraz są te zasłony, migoczące jak firanki,

Przeźroczyste jedwabie styczniowego okna,
Białe jak pościel niemowlęcia, błyszczące martwym oddechem.

O kości słoniowa!

Tam musi być kieł słonia, widmo kolumny.
Czy nie widzisz, że nie dbam o to, co to jest.

Czy nie możesz mi tego dać?
Nie wstydź się - nie szkodzi, jeśli jest małe.

Nie bądź przykry, jestem gotowa na wszystko.
Usiądźmy przy tym, po obu stronach, podziwiając lśnienie,

Błysk, jego lustrzaną różnorodność.
Zjedzmy przy nim naszą ostatnią wieczerzę, jak szpitalny posiłęk.

Wiem czemu mi go nie dasz.
Jesteś przerażony,

Świat podniesie się w krzyku, a z nim twoja głowa,
Wypukła, spiżowa, antyczna tarcza.

Prawdziwy cud dla twoich prawnuków,
Nie bój się to nie tak.

Ja tylko wezmę to i odejdę cicho na bok.
Nawet nie usłyszysz, jak to otwieram, żadnego szelestu papieru,

Żadnych spadających wstążek, żadnego krzyku na koniec.
Nie sądzę, żebyś wierzył w tę moją dyskrecję.

Gdybyś tylko wiedział, jak zasłony codziennie dławiły życie we mnie.
Dla ciebie są samą przejrzystością, czystym powietrzem.

Na Boga, chmury są jak wełna.
Całe armie. Są tlenkiem węgla.

Słodko, słodko wdycham go,
Wypełniając żyły niewidzialnym, milionami

Możliwych pyłków, co odliczają lata mego życia.
Ubrałeś się na srebrno z tej okazji. O maszyno do liczenia -

Czy nie potrafisz czegoś pominąć, pominąć w całości?
Musisz stemplować każdy strzęp purpurą,

Musisz zabijać co tylko się da?
Jest tylko jedna rzecz, której pragnę dzisiaj i tylko ty możesz dać mi ją.

Stoi przy moim oknie, wielka jak niebo.
Dyszy w moich prześcieradłach, w zimnym martwym wnętrzu,

Gdzie rozlana, krzepnie, sztywnieje jak historia.
Nie pozwól, by szło z ust do ust, bo zanim dotrze do mnie całość,

Skończę sześćdziesiąt lat i nie zdążę tego użyć.

Tylko opuść zasłonę, zasłonę zasłonę.
Gdyby tam była śmierć,

Podziwiałabym jej doniosły ciężar, jej niezmienne oczy.
Wiedziałabym, że nie żartujesz.

I byłaby w tym szlachetność, to byłyby urodziny.
I nóż, co zamiast ciąć, wnika

Czysty i niewinny jak płacz dziecka,
I wszechświat obsuwa się z mego boku.


22 lipca 2014

Sylvia Plath - "Mała Fuga"

Kołyszą się czarne palce cisów
Niebem idą chłodne chmury.
A głusi i niemi
Dają znaki obojętnym ślepcom.

Lubię czarny humor.
Niepokaźność tej chmury, teraz!
Cała biała jak oko!
Oko ślepego pianisty

Co przy moim stole, na statku,
Szukał jedzenia dłońmi.
Jego palce miały węch łasic
Nie mogłam oderwać wzroku.

Słyszał Beethovena:
Czarny cis, biała chmura,
Straszliwe akordy.
Pułapki dla palców - zgiełk klawiszy.

Puste i głupie jak talerze
Są uśmiechy ślepców.
Zazdroszczę potężnym dźwiękom,
Cisowym żywopłotom Wielkiej Fugi.

Głuchota to coś innego.
To taki czary komin, mój ojcze!
Widzę twój głos
Czarny i liściasty, jak w dzieciństwie,

Cisowy żywopłot rozkazów,
Gotycki i barbarzyński, czysto niemiecki.
Słychać w nim płacz zmarłych.
Nie jestem niczemu winna.

Więc cis to mój Chrystus.
Czyż nie jest jak po torturach?
A ty, podczas Wielkiej Wojny
Zwijałeś pęta kiełbas

W kalifornijskich delikatesach!
One są barwą moich snów,
Czerwone, cętkowane jak odcięte szyje.
I tamta cisza!

Wielka cisza innego porządku.
Miałam siedem lat, nic nie wiedziałam.
Świat zdarzył się.
Ty miałeś jedną nogę i pruski umysł.

Pamiętam błękitne oko,
Teczkę pełną mandarynek.
To był człowiek, wtedy!
Śmierć otwarła się, mroczna jak czarne drzewo.

Przetrwam tę chwilę
Układając plan poranka.
To moje palce, a to moje dziecko.
Chmury to ślubna suknia, dla tamtej bladości.


21 lipca 2014

Sylvia Plath - "Zimowanie"

Nie ma nic do roboty, to czas odpoczynku.
Zakręciłam kleszczami położnej,
I mam swój miód,
Sześć pełnych słoi,
Sześcioro kocich oczu w piwniczce na wino,

Zimujących w mroku bez okna,
W sercu domostwa.
Tuż przy spleśniałym dżemie dawnego lokatora
I butelkach połyskujących pustką -
Po dżinie takiego-a-takiego pana.

To izba, w której nigdy nie byłam.
To izba, w której nie zdołam zaczerpnąć tchu.
W środku mrok skulony jak nietoperz,
Żadnego światła
Prócz pochodni i jej nikłych, żółtych,

Chińskich poblasków na przerażających bibelotach.
Bezdenna głupota. Rozkład
Opętanie.
To one mną władają.
Nie są okrutne ani obojętne.

Tylko nieświadome.
Dla pszczół to trudny czas - pszczół
Tak powolnych, że ledwo je rozpoznaję,
Gdy jak żołnierze ustawiają się
Do puszki z syropem,

By uzupełnić miód, który zabrałam.
Przy życiu trzyma je rafinowany śnieg
Panów Tate'a i Lyle'a.
Zamiast kwiatów żywią je Tate i Lyle
A one godzą się. Nadchodzi chłód.

Teraz zbijają się w kulę,
Mroczny
Umysł przeciwko całej tej bieli.
Uśmiech śniegu jest biały.
To mile miśnieńskiej porcelany,

W której w ciepłe dni
Mogą jedynie składać swoje zmarłe.
Wszystkie pszczoły są kobietami.
To dwórki i wielka królowa.
Pozbyły się mężczyzn,

Tępych, niezgrabnych jąkałów, gburów.
Zima jest dla kobiet -
Kobieta, nieruchoma z robótką w ręce,
Przy kołysce z połówki włoskiego orzecha,
Wśród chłodu cebulka jej ciała jest zbyt ospała, by myśleć.

Czy ul przetrwa, czy gladiole
Zdołają przechować swe płomienie
Do przyszłego roku?
Jak będą smakować świąteczne róże?
Pszczoły latają. Czują wiosnę.


3 lipca 2014

Sylvia Plath - "List w listopadzie"

Miłości, świat
Nagle wiruje, wiruje barwą. O dziewiątej rano
Szczurze ogony strąków
Szczodrzeńca rozcinają światło latarni.
To jest Arktyka,

Ten mały, czarny
Krąg pełen rdzawych traw, jedwabistych jak włoski niemowlęcia.

W powietrzu jest zieleń,
Miękka, smakowita.
Otula mnie miłośnie.

Zaróżowiona i ciepła
Chyba jestem ogromna.
Jestem tak głupio szczęśliwa,
Moje kalosze
Bez końca chlupią w tej cudnej czerwieni.

To moja ziemia
Przemierzam ją
Dwa razy dziennie, wciągając zapach
Barbarzyńskich ostrokrzewów o szmaragdowych
Muszlach, czystego żelaza,

I sterty starych rupieci.
Kocham je.
Kocham je jak historię.
Jabłka są złote,
Wyobraź sobie -

Siedemdziesiąt drzew, co
Dźwigają swoje złotorude kule
W gęstej, szarej zupie-śmierci,
I milion ich
Złotych liści, metalicznych, nieruchomych.

O miłości, o czystości
Nikt prócz mnie
Nie chadza mokry po pas.
Bezcenne złota
Krwawią i nabierają głębi, jak wąwóz Termopil.