Literary Calendar
SŁYNNI BIBLIOFILE
- KONTROWERSYJNI PISARZE
- POETES MAUDITS
- 10 NAJDROŻSZYCH KSIĄŻEK ŚWIATA
- HISTORIA PISMA
- KSIĄŻKI ZAKAZANE
- TAK CZYTAJĄ POLACY
- NAGRODY LITERACKIE
- PRZECZYTANE KSIĄŻKI
- KSIĄŻKI, KTÓRE ZMIENIAJĄ ŻYCIE
- NAJSTARSZE POLSKIE DZIEŁA
- LITERACKIE REKORDY GUINNESSA
- KALENDARIUM LITERACKIE 2014
- NAJPIĘKNIEJSZE KSIĘGARNIE
- SŁYNNI BIBLIOFILE
- DOMY PISARZY
- RĘKOPISY POWIEŚCI
- NAJBOGATSI PISARZE
- 100 NAJLEPSZYCH KSIĄŻEK BBC
- NAJPIĘKNIEJSZE BIBLIOTEKI
- TOP LISTA 1898
- ŻYCIORYS SYLVII PLATH
- WIERSZE SYLVII PLATH
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvia Plath. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sylvia Plath. Pokaż wszystkie posty
15 czerwca 2015
19 lutego 2015
Sylvia Plath - "Zniszczona twarz"
"Zniszczona twarz"
Paraduje na rynku, ponura i dotknięta
Jakiem niewypowiedzianym zmartwieniem,
Płaczliwa od przeciekającego oka do obrzmiałego nosa.
Dwaj szpilkonodzy zataczają się pod ciężarem.
Boleśnie zsiniałe, usta nadziewane jękiem,
Po trzymaniu się domu, po całej dyskrecji ---
Siebie, siebie! --- nieprzyzwoite, ponure.
Lepsze apatyczne spojrzenie z ukosa idioty,
Kamienna twarz człowieka, który nie czuje,
Ciche uniki hipokryty :
Lepsze, lepsze i bardziej zadowalające
Dla bojaźliwych dzieci, dla damy na ulicy.
O Edypie. O Chrystusie. Źle mnie wykorzystujecie.
13 lutego 2015
6 lutego 2015
16 grudnia 2014
Sylvia Plath - "Kolos"
Nigdy nie uda mi się złożyć z ciebie całości,
Pozbieranej, sklejonej, spojonej jak trzeba.
Ryk osła, chrząkanie świni i sprośne gdakanie
Wydobywa się z Twoich ogromnych warg.
Gorzej niż na wiejskim podwórku.
Być może poczytujesz siebie za wyrocznię,
Tubę umarłych albo jakichś tam bogów.
Od trzydziestu lat mozolę się, by ci gardło oczyścić z mułu.
Nic z tego nie wychodzi.
Wspinając się po malenkich drabinkach, ze słoikami kleju i wiadrami lizolu
Pełznę jak mrówka żałobnica
Przez zachwaszczone obszary twojego czoła
Naprawiając ci wielkie płaty czaszki i przemywając
Nagie, białe mogiłki twoich oczu.
Modre niebo, jak ze stronic w Orestesie,
Sklepia się ponad nami. O, ojcze w samotności swojej
Jesteś lapidarny i historyczny jak rzymskie Forum.
Rozpakowuję obiad na pagórku z czarnym cyprysem.
Flety twych kości i laurowe włosy
Rozrzucone są w autentycznym bezkrólewiu, aż do widnokręgu.
To musiało uderzyć coś straszniejszego niż piorun,
By spowodować takie spustoszenie.
Noce spędzam koczując w rogu obfitości
Twego lewego ucha, zasłonięta od wiatru,
Licząc czerwone gwiazdy i te koloru śliwki,
Pod kolumną twojego języka słońce wschodzi.
Lecz mój czas zaślubiony jest z cieniem
Przestałam nasłuchiwać już, czy dno okrętu
Nie zazgrzyta na gładkich kamieniach przystani.
tłum. Jan Rostworowski
8 grudnia 2014
Sylvia Plath - "Chcę chcę"
Z otwartymi ustami, boskie niemowlę
Ogromne, łyse, chociaż z dziecinną głową,
Krzyknęło do kopniętej matki .
Wygasłe wulkany pękły i rozkruszyły się.
Piasek ocierał wargę pozbawioną mleka.
Płakało wtedy przez krew ojca
Który ustanowił osę, wilka i rekina do pracy,
Stworzył dziób białego głuptaka .
Zestarzały patriarcha o wyschniętych oczach
Zebrał swoich ludzi ze skóry i kości,
Kolce w koronie z pozłacanego drutu,
Ciernie na krwawej łodydze róży.
5 grudnia 2014
Sylvia Plath - "Październikowe cmentarzysko"
Widok utrwala się: skąpe drzewa
Zbierają zeszłoroczne liście, nie będą płakały, nosiły worów pokutnych, ani
zwracały]
Do elegijnych driad i twardej trawy
Straże nieczuły szmaragd ich trawnika
Jednakże górnolotny umysł może wzgardzić
Takim ubóstwem. Żaden zmarły nie płacze
Niezapominajki między kamieniami
Wyściełają tę grobową ziemię. Tu jest godziwe gnicie
rozpruwające serce, obidzierajace kość
Wolną od nieistniejącej żyły. Kiedy jeden nagi szkielet
Jest naprawdę spuchnięty, głosy wszystkich świętych opadają łagodnie:
Muchy nie oczekują żadnych zmartwychwstań w świetle słońca.
W absolutny krajobraz gap się, gap
Aż twoje oczy zamienią oślepiającą wizję na wietrze:
Jakiekolwiek zagubione duchy płoną
Potępione, wyjąc w całunach na wrzosowisku
Majaczą na smyczy zagłdzonego umysłu
Które zaludniają ogołocony pokój, pustkę, niezamieszkałe powietrze.
12 listopada 2014
"Wiesz, co zrobiłam- wrzuciłam do jednego worka najrozmaitsze fakty z mojego życia, udziwniając je nieco, by dodać im kolorytu... i wyszła z tego rzecz napisana zwyczajnie dla zarobku, ale chyba nie jest to bez znaczenia , że pokazuje ona, jak bardzo oderwany od świata czuje się człowiek, któremu trzasły nerwy... usiłowałam pokazać mój świat i poruszające się w nim osoby, jakby widziane przez deformującą soczewkę szklanego kosza"
3 października 2014
Sylvia Plath - "Bezsenny"
Nocne niebo jest tylko rodzajem kalki,
Niebiesko-czarne, podziurawione punktami gwiazd,
Co przepuszczają światło, otwór po otworze - -
Światło białe jak kość, jak śmierć, poza tym wszystkim.
Pod oczyma gwiazd i rozwartymi ustami księżyca
On cierpi na pustynnej poduszce, bezsenność
Rozpościera wokoło swój drobny, drażniący piasek
Wciąż i wciąż stary, ziarnisty film
Ujawnia dawne kłopoty -- słotne dni
Dzieciństwa i młodości, lepkie od marzeń,
Twarze rodziców na wysokich łodygach, na przemian surowe i zapłakane,
Ogród zrobaczywiałych róż, które skłaniały go do łez.
Czoło ma wypukłe jak worek kamieni.
Wspomnienia walczą o miejsce dla twarzy jak zapomniane gwiazdy filmowe.
Jest odporny, na pigułki: czerwone, fioletowe, niebieskie -
Które tak ożywiały nudę długiego wieczoru!
Te słodkie planety, których działanie zapewniało mu
Życie przechrzczone w nie-życie na chwilę
I rozkoszne przebudzenie dziecka bez pamięci.
Teraz pigułki są zużyte i niedorzeczne jak klasyczni bogowie.
Ich makowo-nasenne barwy nic mu nie pomagają.
Jego głowa jest zamknięta głębią szarych zwierciadeł.
Każdy gest natychmiast umyka w dół alei
W niknącej perspektywie, a jego znaczenie
Wycieka jak woda z otworu gdzieś w oddali.
Nie żyje odosobniony, w nie osłoniętym pokoju,
Odkryte szpary jego oczu stężały rozwarte
Na nieprzerwane migotanie błyskawic sytuacji.
Przez całą noc na granitowym podwórku niewidzialne koty
Jęczały jak kobiety lub uszkodzone instrumenty.
On wyczuwa już światło dnia, swą białą niemoc,
Pełzającą z kapeluszem pełnym trywialnych powtórzeń,
Teraz miasto jest obszarem radosnych świergotów,
I wszędzie ludzie o pustych i srebrnych jak mika oczach
Jadą rzędem do pracy, jak po niedawnym praniu mózgów.
Teresa Truszkowska
7 września 2014
Sylvia Plath - "Rzeźbiarz"
Do jego domu bezcieleśni
Przychodzą, by wciąż wymieniać
Wizję i mądrość na ciała
Namacalne i ciężkie jak jego.
Przychodzą, by wciąż wymieniać
Wizję i mądrość na ciała
Namacalne i ciężkie jak jego.
Ręce w geście bardziej kapłańskim
Niż ręce kapłana nie wywołują
Próżnych obrazów z powietrza i światła
Lecz stacje z brązu, drzewa i kamienia.
Niż ręce kapłana nie wywołują
Próżnych obrazów z powietrza i światła
Lecz stacje z brązu, drzewa i kamienia.
Uparcie w gruboziarnistym drzewie
Łysy anioł ciosa i kształtuje
Nikłe światło, z założonymi rękoma
Patrząc, jak jego świat zaćmiewa
Łysy anioł ciosa i kształtuje
Nikłe światło, z założonymi rękoma
Patrząc, jak jego świat zaćmiewa
Bezduszne światy wiatrów i chmur.
Zmarli wykuci z brązu panują na posadzie,
Odporni o czerwonych ciałach wciąż
Pomniejszają nas. Nasze ciała migoczą
Zmarli wykuci z brązu panują na posadzie,
Odporni o czerwonych ciałach wciąż
Pomniejszają nas. Nasze ciała migoczą
Przed zgaśnięciem w tych oczach,
Które, gdyby nie on, byłoby pozbawione
Tego miejsca, czasu i swoich ciał.
Rywalizujące duchy walczą z sobą
Które, gdyby nie on, byłoby pozbawione
Tego miejsca, czasu i swoich ciał.
Rywalizujące duchy walczą z sobą
Próbując wejść; wchodzą koszmary,
Aż jego dłuto je obdarzy
Życiem pełniejszym niż nasze
I spokojem trwalszym od śmierci
Aż jego dłuto je obdarzy
Życiem pełniejszym niż nasze
I spokojem trwalszym od śmierci
4 września 2014
Sylvia Plath - "Źdźbło w oku"
Bez skazy, jak światło dnia, stałam patrząc
Na schylone karki koni, rozwiane grzywy.
Ogony unoszone na tle zielonej
Zasłony jaworów. Słońce zapalało
Wieżyczki białej kapliczki, nad dachami,
Utrzymując konie, chmury, liście
W jednym miejscu, choć odpływały w dal,
Na lewo jak trzciny w morzu,
Wtem drzazga wpadła mi w oko,
Okrywając je mrokiem. Wtedy ujrzałam
Mgliste kształty w gorącym deszczu;
Konie falujące na zmiennej zieleni,
Obce jak wielbłąd dwugarbny lub jednorożec,
Pasące się na skraju monotonnej barwy,
Zwierzęta oazy i lepszych czasów.
Przecieram powiekę, ziarnko pali:
Czerwony popiół, wokół którego
Ja sama, konie, planety i wieże wirują.
Ani łzy, ani łagodne przemycie
Oka nie mogą usunąć pyłku;
I tak tkwił przez cały dzień.
Obnoszę swe wielkie pragnienie cielesne,
Ślepa na przyszłość i przeszłość.
Śnię, że jestem Edypem.
Pragnę być tym, czym byłam,
Zanim łóżko i zanim nóż,
Agrafa ozdobna i maść
Ujęły mnie jak w nawias;
Chcę koni płynących po wietrze,
Miejsca i czasu poza umysłem.
Na schylone karki koni, rozwiane grzywy.
Ogony unoszone na tle zielonej
Zasłony jaworów. Słońce zapalało
Wieżyczki białej kapliczki, nad dachami,
Utrzymując konie, chmury, liście
W jednym miejscu, choć odpływały w dal,
Na lewo jak trzciny w morzu,
Wtem drzazga wpadła mi w oko,
Okrywając je mrokiem. Wtedy ujrzałam
Mgliste kształty w gorącym deszczu;
Konie falujące na zmiennej zieleni,
Obce jak wielbłąd dwugarbny lub jednorożec,
Pasące się na skraju monotonnej barwy,
Zwierzęta oazy i lepszych czasów.
Przecieram powiekę, ziarnko pali:
Czerwony popiół, wokół którego
Ja sama, konie, planety i wieże wirują.
Ani łzy, ani łagodne przemycie
Oka nie mogą usunąć pyłku;
I tak tkwił przez cały dzień.
Obnoszę swe wielkie pragnienie cielesne,
Ślepa na przyszłość i przeszłość.
Śnię, że jestem Edypem.
Pragnę być tym, czym byłam,
Zanim łóżko i zanim nóż,
Agrafa ozdobna i maść
Ujęły mnie jak w nawias;
Chcę koni płynących po wietrze,
Miejsca i czasu poza umysłem.
2 września 2014
Sylvia Plath - "Dwa spojrzenia na prosektorium"
1
W dniu w którym odwiedziła prosektorium,
Wyłożono czterech mężczyzn czarnych jak spalony indyk,
Już na pół pokrajanych. Octowy opar
Kadzi śmierci przywarł do nich:
Chłopcy w białych kitlach wzięli się do pracy.
Głowa trupa zapadła się w głąb,
A ona nie mogła nic odróżnić
W tym rumowisku czaszek i skór starych,
Które wiązał w całość sznurek szary.
W słojach ślimaczone dzieci lśnią jak księżyc.
On wręcza jej wycięte serce jak pęknięty klejnot.
2
W Breughla panoramie dymów i rzezi
Dwoje ludzi nie widzi żerującej na padlinie armii:
On w morzu jej niebieskiej satynowej
Szaty śpiewa w kierunku
Jej nagiego ramienia, a ona pochylona
Nad nim, kartkuje zeszyt z nutami.
Oboje głusi na dźwięk skrzypiec w rękach
Śmierci, rzucającej na ich pieśni cień,
Flamandzcy kochankowie kwitną jeden dzień.
Lecz spustoszenie utrwalone w obrazie oszczędza ten światek,
Delikatny, niemądry, w prawym dolnym rogu.
Teresa Truszkowska
W dniu w którym odwiedziła prosektorium,
Wyłożono czterech mężczyzn czarnych jak spalony indyk,
Już na pół pokrajanych. Octowy opar
Kadzi śmierci przywarł do nich:
Chłopcy w białych kitlach wzięli się do pracy.
Głowa trupa zapadła się w głąb,
A ona nie mogła nic odróżnić
W tym rumowisku czaszek i skór starych,
Które wiązał w całość sznurek szary.
W słojach ślimaczone dzieci lśnią jak księżyc.
On wręcza jej wycięte serce jak pęknięty klejnot.
2
W Breughla panoramie dymów i rzezi
Dwoje ludzi nie widzi żerującej na padlinie armii:
On w morzu jej niebieskiej satynowej
Szaty śpiewa w kierunku
Jej nagiego ramienia, a ona pochylona
Nad nim, kartkuje zeszyt z nutami.
Oboje głusi na dźwięk skrzypiec w rękach
Śmierci, rzucającej na ich pieśni cień,
Flamandzcy kochankowie kwitną jeden dzień.
Lecz spustoszenie utrwalone w obrazie oszczędza ten światek,
Delikatny, niemądry, w prawym dolnym rogu.
Teresa Truszkowska
7 sierpnia 2014
Sylvia Plath - "Plaża Berck"
I
Więc to jest morze, ten wielki bezruch.
Jakże ściąga moją gorączkę kataplazm słońca.
W powietrzu wędrują opalone ręce ze szklankami
Elektryzująco barwnych sorbetów, wyciąganych z lodówki przez blade dziewczęta.
Czemu jest tak cicho, co oni ukrywają?
Uśmiechnięta, poruszam się na moich dwóch nogach.
Koc piasku wygłusza drgania,
Ciągnie się milami, głosy, o połowę słabsze,
Drżące i kruche, falują.
Mięśnie oka, oślepionego lśnieniem tych połaci
Uderzają jak bumerang naciągniętej gumki, raniąc właściciela.
Czy można się dziwić, że włożył ciemne okulary?
Czy można się dziwić, że wystąpił w czarnej sutannie?
Oto nadchodzi, mijając poławiaczy makreli
Co odwracają się ku niemu murem placów.
Władają zielono-czarnymi rombami fal, zręcznie jak własnym ciałem.
Morze, co zrodziło te kryształy,
Odpełza, setką węży, z przeciągłym sykiem znużenia.
II
Ten czarny but nie zna litości.
Co w tym dziwnego, przecież to całun odrętwiałej stopy,
Dumnej, drętwej, bezpalcej stopy tego księdza,
Który zgłębia studnię swej księgi.
Pochyły druk pęcznieje mu w oczach jak krajobraz.
Wśród wydm ukrywają się bezwstydne bikini,
Piersi i biodra łaskoczą światło
Jak kolorowe kryształki cukru,
A zielony staw otwiera swe oko,
Ma mdłości po tym co połknął -
Kończymy, obrazy, krzyki. Za betonowymi bunkrami
Odklejają się od siebie kochankowie.
O, biała ceramiko morza,
Co za sól w gardle, jakie bańki westchnień...
I widz drżący.
Przyciągany jak długi postaw sukna
Poprzez nieruchomą zjadliwość
I wodorosty, włochate jak genitalia.
III
Na hotelowych balkonach lśnią przedmioty,
Przedmioty, przedmioty -
Stalowe rurki foteli na kółkach, aluminiowe kule,
Taka słona słodycz. Dlaczego miałabym pójść
Poza falochron, oblepiony plamami muszli?
Nie jestem pielęgniarką, białą i uważną,
Nie jestem uśmiechem.
Te dzieci za czymś gonią, z krzykami, haczykami,
A moje serce jest zbyt małe, by uleczyć ich straszliwe winy.
Oto człowieczy bok: czerwone żebra,
Nerwy prężą się jak drzewa, a oto chirurg:
Jedno lustrzane oko -
Soczewka wiedzy.
W pokoju na pasiastym materacu
Odchodzi stary człowiek,
Nic mu nie pomoże zapłakana żona.
Gdzież są żółte i drogocenne kamienie oczu,
Gdzie język, szafir popiołów?
VI
Weselny tort twarzy w papierowej kryzie.
Jakże on nas teraz przerasta.
Tak jakbyśmy mieli świętego.
Pielęgniarki w skrzydlatych czepcach już nie są takie piękne.
Schną jak dotknięte gardenie.
Łóżko odsunięto od ściany.
Oto jak osiąga się pełnię. To straszne.
Czy pod tym lepkim prześcieradłem, którego gładką biel
Wydyma proch jego nosa,
Ma na sobie piżamę czy strój wieczorowy?
Póki nie zesztywniała, podtrzymywali jego szczękę książką,
I złożyli jego ręce, które żegnały się - do widzenia, do widzenie.
Teraz uprane prześcieradła fruwają w powietrzu,
Powłoczki poduszek nabierają słodyczy.
To łaska, to łaska:
Długa dębowa trumna o barwie mydła,
Dziwni karawaniarze, a w srebrze
Z niezmąconym spokojem odciska się świeża data.
V
Szare niebo zniża się, wzgórza jak zielone morze
Biegną w dal, fala za falą, skrywając swe doliny,
Doliny, które kołyszą myśli żony -
Otępiałe, użyteczne łódki,
Pełne sukien i kapeluszy, i porcelany, i zamężnych córek.
W holu kamiennego domu,
W oknie trzepocze pojedyncza firanka,
Podnosi się i opada, żałobna świeca.
To język zmarłego: pamiętajcie, pamiętajcie!
Jakże daleko odszedł, jego czyny
Otaczają go jak meble z dziwnego pokoju, jak dekoracja.
Gromadzą się odcienie bieli,
Bladość rąk i pobliskich twarzy,
Wyniosłe biele mętniejącej tęczówki.
Odlatują w nicość: pamiętajcie o nas.
Puste ławki pamięci przypatrują się kamieniom,
Marmurowym płytom o błękitnych żyłkach, przejrzystym wazonem pełnym żonkili.
Tak tu pięknie: to miejsce spoczynku.
VI
Naturalna bujność lipowych liści!
Przystrzyżone, zielone kule drzew idą ku kościołowi.
U bramy wita zwłoki
Czysty głos księdza,
Mówi do nich, kiedy wzgórza podają sobie głos żałobnego dzwonu,
Błysk pszenicy i nagiej ziemi.
Co to za kolor?
Skrzepła krew odrapanych murów, które leczy słońce,
Skrzepła krew kikutów drzew, wypalone serca.
Wdowa z czarną torebką, w otoczeniu trzech córek
I koniecznie wśród kwiatów,
Składa swoją twarz jak najcieńsze płótno,
Którego nikt już nie rozłoży.
A niebo, robaczywe od uprzejmych uśmiechów,
Przemija chmura za chmurą.
Weselne kwiaty rozsiewają świeżość,
A dusza jest panną młodą
W zaciszu, a pan młody czerwony i roztargniony, nijaki.
VII
Świat osobny i łagodny,
Cicho warkocze za szybą samochodu,
A ja siedzę nieruchomo, w czerni, gość na przyjęciu,
Sunąca na niskim biegu za wózkiem.
Ksiądz jest naczyniem,
Smolistym kadłubem smutnym i nudnym,
Stąpa za ukwieconym wózkiem wiozącym trumnę jak piękna kobietę,
Fala piersi, powiek i warg
Szturmuje wzgórze.
Potem, za sztachetami dziedzińca, dzieci
Wciągają zapach rozgrzanej pasty do butów,
Ich nieme twarze odwracają się powoli,
Oczy otwierają się
Na widok wspaniałości -
Sześciu czarnych kapeluszy na trawie i drewnianego pudła,
I nagich ust, rdzawych i dziwacznych.
Przez chwilę niebo wlewa się w ten otwór jak osocze.
Nie ma nadziei, porzucono ją.
23 lipca 2014
Sylvia Plath - "Prezent urodzinowy"
Taki wiersz to chyba najlepszy prezent na 24 urodziny :)
Co jest za tą zasłoną, czy to jest brzydkie czy piękne?
To migocze, czy ma piersi, czy jest skończone?
Jestem pewna, że jest wyjątkowe, jestem pewna, że tego właśnie chcę.
Kiedy cichnę przy gotowaniu, czuję jak patrzy, czuję jak myśli:
"Czy to ta, dla której istnieję,
Czy to jest ta wybranka, z podbitymi oczami i blizną?
Odmierzając mąkę, odsypująca jej nadmiar,
Wszystko według zasad, zasad, zasad.
Czy dla niej będzie zwiastowanie?
Mój Boże, pusty śmiech!"
Ale ono migocze, nie przygasa, i myślę, że mnie pragnie.
Nie obrażę się, jeśli to są kości do gry, albo perłowy guzik.
I tak nie chcę zbyt wiele dostać w tym roku.
W końcu, żyję tylko przez przypadek.
W tym czasie mogłabym się z łatwością zabić na tysiące sposobów.
A teraz są te zasłony, migoczące jak firanki,
Przeźroczyste jedwabie styczniowego okna,
Białe jak pościel niemowlęcia, błyszczące martwym oddechem.
O kości słoniowa!
Tam musi być kieł słonia, widmo kolumny.
Czy nie widzisz, że nie dbam o to, co to jest.
Czy nie możesz mi tego dać?
Nie wstydź się - nie szkodzi, jeśli jest małe.
Nie bądź przykry, jestem gotowa na wszystko.
Usiądźmy przy tym, po obu stronach, podziwiając lśnienie,
Błysk, jego lustrzaną różnorodność.
Zjedzmy przy nim naszą ostatnią wieczerzę, jak szpitalny posiłęk.
Wiem czemu mi go nie dasz.
Jesteś przerażony,
Świat podniesie się w krzyku, a z nim twoja głowa,
Wypukła, spiżowa, antyczna tarcza.
Prawdziwy cud dla twoich prawnuków,
Nie bój się to nie tak.
Ja tylko wezmę to i odejdę cicho na bok.
Nawet nie usłyszysz, jak to otwieram, żadnego szelestu papieru,
Żadnych spadających wstążek, żadnego krzyku na koniec.
Nie sądzę, żebyś wierzył w tę moją dyskrecję.
Gdybyś tylko wiedział, jak zasłony codziennie dławiły życie we mnie.
Dla ciebie są samą przejrzystością, czystym powietrzem.
Na Boga, chmury są jak wełna.
Całe armie. Są tlenkiem węgla.
Słodko, słodko wdycham go,
Wypełniając żyły niewidzialnym, milionami
Możliwych pyłków, co odliczają lata mego życia.
Ubrałeś się na srebrno z tej okazji. O maszyno do liczenia -
Czy nie potrafisz czegoś pominąć, pominąć w całości?
Musisz stemplować każdy strzęp purpurą,
Musisz zabijać co tylko się da?
Jest tylko jedna rzecz, której pragnę dzisiaj i tylko ty możesz dać mi ją.
Stoi przy moim oknie, wielka jak niebo.
Dyszy w moich prześcieradłach, w zimnym martwym wnętrzu,
Gdzie rozlana, krzepnie, sztywnieje jak historia.
Nie pozwól, by szło z ust do ust, bo zanim dotrze do mnie całość,
Skończę sześćdziesiąt lat i nie zdążę tego użyć.
Tylko opuść zasłonę, zasłonę zasłonę.
Gdyby tam była śmierć,
Podziwiałabym jej doniosły ciężar, jej niezmienne oczy.
Wiedziałabym, że nie żartujesz.
I byłaby w tym szlachetność, to byłyby urodziny.
I nóż, co zamiast ciąć, wnika
Czysty i niewinny jak płacz dziecka,
I wszechświat obsuwa się z mego boku.
22 lipca 2014
Sylvia Plath - "Mała Fuga"
Kołyszą się czarne palce cisów
Niebem idą chłodne chmury.
A głusi i niemi
Dają znaki obojętnym ślepcom.
Lubię czarny humor.
Niepokaźność tej chmury, teraz!
Cała biała jak oko!
Oko ślepego pianisty
Co przy moim stole, na statku,
Szukał jedzenia dłońmi.
Jego palce miały węch łasic
Nie mogłam oderwać wzroku.
Słyszał Beethovena:
Czarny cis, biała chmura,
Straszliwe akordy.
Pułapki dla palców - zgiełk klawiszy.
Puste i głupie jak talerze
Są uśmiechy ślepców.
Zazdroszczę potężnym dźwiękom,
Cisowym żywopłotom Wielkiej Fugi.
Głuchota to coś innego.
To taki czary komin, mój ojcze!
Widzę twój głos
Czarny i liściasty, jak w dzieciństwie,
Cisowy żywopłot rozkazów,
Gotycki i barbarzyński, czysto niemiecki.
Słychać w nim płacz zmarłych.
Nie jestem niczemu winna.
Więc cis to mój Chrystus.
Czyż nie jest jak po torturach?
A ty, podczas Wielkiej Wojny
Zwijałeś pęta kiełbas
W kalifornijskich delikatesach!
One są barwą moich snów,
Czerwone, cętkowane jak odcięte szyje.
I tamta cisza!
Wielka cisza innego porządku.
Miałam siedem lat, nic nie wiedziałam.
Świat zdarzył się.
Ty miałeś jedną nogę i pruski umysł.
Pamiętam błękitne oko,
Teczkę pełną mandarynek.
To był człowiek, wtedy!
Śmierć otwarła się, mroczna jak czarne drzewo.
Przetrwam tę chwilę
Układając plan poranka.
To moje palce, a to moje dziecko.
Chmury to ślubna suknia, dla tamtej bladości.
Niebem idą chłodne chmury.
A głusi i niemi
Dają znaki obojętnym ślepcom.
Lubię czarny humor.
Niepokaźność tej chmury, teraz!
Cała biała jak oko!
Oko ślepego pianisty
Co przy moim stole, na statku,
Szukał jedzenia dłońmi.
Jego palce miały węch łasic
Nie mogłam oderwać wzroku.
Słyszał Beethovena:
Czarny cis, biała chmura,
Straszliwe akordy.
Pułapki dla palców - zgiełk klawiszy.
Puste i głupie jak talerze
Są uśmiechy ślepców.
Zazdroszczę potężnym dźwiękom,
Cisowym żywopłotom Wielkiej Fugi.
Głuchota to coś innego.
To taki czary komin, mój ojcze!
Widzę twój głos
Czarny i liściasty, jak w dzieciństwie,
Cisowy żywopłot rozkazów,
Gotycki i barbarzyński, czysto niemiecki.
Słychać w nim płacz zmarłych.
Nie jestem niczemu winna.
Więc cis to mój Chrystus.
Czyż nie jest jak po torturach?
A ty, podczas Wielkiej Wojny
Zwijałeś pęta kiełbas
W kalifornijskich delikatesach!
One są barwą moich snów,
Czerwone, cętkowane jak odcięte szyje.
I tamta cisza!
Wielka cisza innego porządku.
Miałam siedem lat, nic nie wiedziałam.
Świat zdarzył się.
Ty miałeś jedną nogę i pruski umysł.
Pamiętam błękitne oko,
Teczkę pełną mandarynek.
To był człowiek, wtedy!
Śmierć otwarła się, mroczna jak czarne drzewo.
Przetrwam tę chwilę
Układając plan poranka.
To moje palce, a to moje dziecko.
Chmury to ślubna suknia, dla tamtej bladości.
21 czerwca 2014
Sylvia Plath - "Balony"
Żyją wśród nas od Świąt,
Szczere i przejrzyste,
Owalne, żywe stworzenia,
Zajmują połowę pokoju
Ocierają się o siebie poruszane
Jedwabiem niewidzialnych przeciągów,
Zaatakowane
Krzyczą i skaczą, potem umykają w ciszę, ledwo drgną.
Żółta kocia głowa, błękitna ryba -
Zamiast martwych mebli
Żyją z nami tak dziwne księżyce!
Słomiane maty, białe ściany
I te wędrowne
Planety wypełnione powietrzem, czerwone, zielone,
Cieszą
Serce jak życzenia lub dzikie
Pawie co błogosławią
Starą ziemie piórem
Odlanym z gwiaździstych metali.
Twój młodszy
Brat tak ściska swój balon,
Że ten miauczy jak kot.
Wydaje mu się, że po drugiej stronie jest zabawny,
Różowy świat, który można zjeść,
Więc gryzie,
A potem siada,
Tłusty dzbanuszek,
Kontemplując świat przejrzysty jak woda.
W jego małej piąstce
Czerwony strzępek.
Szczere i przejrzyste,
Owalne, żywe stworzenia,
Zajmują połowę pokoju
Ocierają się o siebie poruszane
Jedwabiem niewidzialnych przeciągów,
Zaatakowane
Krzyczą i skaczą, potem umykają w ciszę, ledwo drgną.
Żółta kocia głowa, błękitna ryba -
Zamiast martwych mebli
Żyją z nami tak dziwne księżyce!
Słomiane maty, białe ściany
I te wędrowne
Planety wypełnione powietrzem, czerwone, zielone,
Cieszą
Serce jak życzenia lub dzikie
Pawie co błogosławią
Starą ziemie piórem
Odlanym z gwiaździstych metali.
Twój młodszy
Brat tak ściska swój balon,
Że ten miauczy jak kot.
Wydaje mu się, że po drugiej stronie jest zabawny,
Różowy świat, który można zjeść,
Więc gryzie,
A potem siada,
Tłusty dzbanuszek,
Kontemplując świat przejrzysty jak woda.
W jego małej piąstce
Czerwony strzępek.
15 czerwca 2014
Sylvia Plath - "Słowa"
"Słowa"
Topory,
Po ich ciosie dzwoni las,
I te echa!
Echa biegnące we wszystkie strony,
We wszystkie strony jak konie.
Sok
Tryska jak łzy, jak
Woda co pragnie
U-stalić swe lustro
Nad głazem,
Spycha i toczy,
Białą czaszkę
Wyżartą przez zielska wodorostów.
Po latach
Spotykamy je na drodze -
Znużone słowa bez jeźdźców,
Niestrudzony stukot kopyt,
A tymczasem
Nieruchome gwiazdy z dna stawu
Rządzą życiem.
Topory,
Po ich ciosie dzwoni las,
I te echa!
Echa biegnące we wszystkie strony,
We wszystkie strony jak konie.
Sok
Tryska jak łzy, jak
Woda co pragnie
U-stalić swe lustro
Nad głazem,
Spycha i toczy,
Białą czaszkę
Wyżartą przez zielska wodorostów.
Po latach
Spotykamy je na drodze -
Znużone słowa bez jeźdźców,
Niestrudzony stukot kopyt,
A tymczasem
Nieruchome gwiazdy z dna stawu
Rządzą życiem.
9 czerwca 2014
Sylvia Plath - "Wisielec"
Jakiś bóg mnie za włosy trzymał na uwięzi.
Skwierczałam w smętnych woltach jak prorok na pustyni.
Gadzia powieka nocy nieuchwytną plamą
Pod nagim okiem lampy świat pustych, białych dni.
Sępia nuda przypięła mnie do tej gałęzi.
On, na moim miejscu, zrobiłby to samo.
Skwierczałam w smętnych woltach jak prorok na pustyni.
Gadzia powieka nocy nieuchwytną plamą
Pod nagim okiem lampy świat pustych, białych dni.
Sępia nuda przypięła mnie do tej gałęzi.
On, na moim miejscu, zrobiłby to samo.
7 czerwca 2014
3 czerwca 2014
Sylvia Plath - "Zlot pszczelarzy"
Co to za ludzie czekają na mnie przy moście?
To mieszkańcy wsi -
Proboszcz, położna, grabarz i pszczelarz.
Moja lekka, letnia sukienka wcale mnie nie chroni,
A oni wszyscy są w ochronnych strojach, czemu nikt mnie nie uprzedził?
Śmieją się i podnoszą welony przypięte do starodawnych kapeluszy.
Jestem goła jak kurza szyja, czy nikt mnie nie kocha?
Tak, oto sekretarka, pszczelarza w swoim białym kitlu.
Zapina mi mankiety i fartuch od kolan po szyję.
Teraz jestem jak jedwab wilczomlecza, pszczoły mnie nie zauważą.
Nie zwąchają mego strachu, strachu, strachu, strachu.
Które z nich jest proboszczem, czy ten mężczyzna w czerni?
Które jest położną, czy to jej niebieski płaszcz?
Wszyscy kiwają czarnymi sześcianami głów, to rycerze w hełmach,
W zawiązanych pod pachami opatrunkach z gazy.
Ich uśmiechy, ich głosy zmieniają się. wiodą mnie przez pole fasoli.
Paski cynfolii mrugają jak ludzie,
Pióropusze do kurzu powiewają dłońmi w morzu fasolowych kwiatów,
Śnieżnych kwiatów fasoli, o czarnych oczkach i liściach jak znudzone serca,
Czy te pędy ciągną w górę sznurka skrzep krwi?
Nie, nie, to szkarłatny kwiat, co pewnego dnia stanie się jadalny.
Teraz wręczają mi modny, włoski kapelusz słomkowy.
I czarny welon, co oblepia mi twarz, czynią mnie jedną z nich.
Wiodą mnie do gają ściętych drzew, do koliska uli.
Czy ten mdlący zapach to głóg?
Bezpłodne ciało głogu, co zatruwa swe dzieci.
Czy to jakaś operacja?
Czy to na chirurga czekają moi sąsiedzi?
Czy ta postać w zielonym hełmie,
Lśniących rękawicach i białym ubraniu
To rzeźnik, sklepikarz, listonosz, ktoś, kogo znam?
Nie mogę uciec, zapuściłam korzenie i rani mnie janowiec,
Jego żółte sakiewki, fabryczki kolców.
Nie mogę uciec, jeśli nie chcę już zawsze uciekać.
Biały ul jest zaciszny jak dziewica.
Strzeże swych komórek, swego miodu i nuci cichutko.
Dym kłębi się i wije wśród drzew.
Rój myśli, że to koniec wszystkiego.
Oto nadlatuje przednia straż na swych rozedrganych skrzydłach.
Jeśli stanę zupełnie nieruchomo, wezmą mnie za łatwowierną
Trybulę, która niewrażliwa na ich animozję,
Nawet nie skinie głową, osobistość wśród krzewów żywopłotu.
Pszczelarze otwierają komory, polują na królową.
Może się ukrywa? Może wyjada miód? Jest bardzo sprytna.
Jest stara, stara, stara, musi przeżyć następny rok i wie o tym.
A tymczasem nowe, dziewicze królowe w swych podłużnych komórkach
Śnią o pojedynku, w którym niezawodnie zwyciężą.
Ścianka wosku dzieli je od weselnego lotu.
Lotu morderczyni w rozkochane w niej niebo.
Wieśniacy zabierają dziewicą, nie będzie zabijania.
Stara królowa ukrywa się, czy jest tak niewdzięczna?
Jestem wyczerpana, wyczerpana.
Kolumna bieli wśród ciemnych noży.
Jestem dziewczynką magika, co nawet nie mrugnie okiem.
Wieśniacy ścigają swe przebrania, wymieniają uściski dłoni.
Czyja jest ta długa skrzynia w gaju, co oni zrobili,
dlaczego tak mi zimno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











